Strona Siedleckiej Grupy Literackiej Witraż

Archiwum

Agnieszka Goławska

***

gdybym zapomnieć mogła
może byłabym bardziej szczęśliwa
a może jedynie uboższa
o chwile
te z dobrych najlepsze

skoro więc muszę pamiętać
wylecz wspomnienia z rozpaczy
co na twarz rzucała
ze łkania
które sen rozrywało
oczyść wiarę z naiwności
nadzieję z wątpienia
bym zdolna była dźwignąć miłość z upadku
i strachu

skoro wiec muszę pamiętać
ocalę wspomnienia
pamiętać będę chciała
przypominać
że był czas gdy ludzie mieli setki
może tysiące…
pustych zdań!

a ja jedno
bezcenne
i ciche szczęście przy nim

***

Zagrzmiały słowa zbyt prędkie,
nadeszły myśli spóźnione,
zadrżało serce jak wulkan
po długim czasie zbudzony.

Rozpierzchły się słowa na wietrze
po drogach niesie je echo,
za późno by je dogonić,
za późno – są za daleko.

Zagrzmiały sława dzwonami.
Tam gdzie prawda upadła
nikt podać ręki nie zechce.
Podajcie papier królowi!
– już niesie go Nieszczęście…

***

minęły dni
gdy oczy twoje łez
a serce moje słów gorzkich
były pełne
gdy dłonie w gniewie w stół biły na alarm
wyblakły myśli złe do szpiku kości

nie twoją winą było
że życie stało się dużo mniej słodkie
niż gorzka czekolada
że z takim trudem
godzi się na konsekwencję w dorastaniu

dziś wiem

szczęście ukryte jest w tobie
dlatego bez ciebie błądziłam
zaledwie uśmiechnięta

***

nawet dziś
samotności mojej nie wytłumaczę
ani ucieczki przed dialogiem gestów

wysłucham życzeń szczęścia
namaluję uśmiech przy zapewnieniu
że miłość zaatakuje znienacka

a później
znów wejdę w tło
uzbrojona wobec życia

***

niby nie na niego
na przestrzał
jak przez szklankę
na to co za nim
i pomimo
patrzę

niby nie przez niego
ten bezsen
męskim rodzajem brzmiący

widzę
mam gwiazdy za oknem
pod niebem szukam normalności

słyszę
idzie wiosna

czuję
może już czas odważyć się
na zakochanie

w nim…?

***

nie dawaj mi róż

na płatkach róży
żyją złudzenia

nie chcę róż

płatki opadną
poranię palce

nie chcę gwiazdki z nieba
zginą w popiele poranka

nie chcę całego kosmosu
gubię się we własnych pragnieniach

nie obiecuj
nie chcę słów

bogata jest moja samotność
nie oddam jej za słowa
już nigdy więcej

***

nie potrafię zapomnieć o tych
których już nie ma

głośno mówię
że to nie moja wina
po cichu szukając jej w sobie

tyle było chwil
które próbowałam sklejać
tyle pytań pozostało

myślałam że słowa mają moc
a one potrafią zaledwie mieć sens
(a i to nie zawsze)

wbrew wszystkiemu
próbuję wierzyć
że piekło kiedyś zgaśnie
a dotyk drugiego człowieka
nie będzie parzył jak dotyk słońca

***

niebo do aniołów należy
a ja podobna gołębiom jestem
które zimą
przy śmietniku
winne pustego strzępienia języka
żałosnego gruchania
co tylko warstwą ułudy serce okrywa
żebrzą choćby o okruch zrozumienia

***

powoli
pozbawiam różę
cierni

pierwszy kolec
za niespełnione marzenia
drugi
za złe słowa
później trzeci
czwarty
ostatni

nie będzie więcej ranił
kłuł
ten wrak róży

nie ma jej
bo
nie ma róży bez cierni

***

z każdym krokiem
rośniesz w mych oczach
rdzawa jak moja wiara
katedro

to nie noc skryła witraże przede mną
ten mrok to ja

chociaż nie byłaś mi ojcem ni matką chrzestną
przygarnęły mnie twoje ołtarze

dziś proszę
daj choćby iskrę
Boga

Modlitwa o wschodzie

proszę
niech wzejdzie
uśmiech słoneczny
bezchmurne spojrzenie
spokój tak czysty
że jego zmącenie
jest grzechem

zatem
niech trwa

proszę
niechaj ciszę
przerywa tylko
szept wiatru
zielone myśli człowieka
tęczowa filharmonia ptasich wirtuozów

a milczenie niech srebrem
a nie murem będzie

i niechaj człowiek
aniołem…
człowiekowi

Barbara Skwierczyńska

***

Podaruję ci książkę
Której nikt jeszcze nie przeczytał
Będzie przemawiała słowami
Jakich wcześniej nie znałeś
Nie masz prawa splamić jej kart
Lub pożyczyć komuś innemu
Została napisana tylko dla ciebie

Szanuj ją

***

Jesteś moim zaproszeniem
Do szczęścia
Najmilszą muzyką
Dla mojego ucha
Wzmagasz bicie
Mojego serca
I wnosisz spokój
Do mojej duszy

***

Iskierkę dobroci
Podarowałeś mi
By osuszyła
Z oczu moich łzy
By roznieciła
Światło w sercu mym
By zaświeciła we mnie
Dobrem twym

***

To dzięki Tobie Boże
Mogę się cieszyć
Blaskiem dnia
Mogę podziwiać
Jak zmieniają się pory roku
Upajać się
Chwilą która trwa
Dostrzegać światło
W najciemniejszym mroku
Pomagasz mi znosić moje cierpienia
Przez Ciebie doznaję
Od ludzi miłości
Chcę byś prowadził mnie do spełnienia
Do wiecznego szczęścia
Do nieskończonej miłości

***

W szufladzie moich myśli
Gdzieś na jej dnie jesteś ty
Czasami mi się przyśnisz
Za to dziękuję ci
Dziś dostałam
Pęk kluczy złocistych
Jeden wybrałam
Do twych marzeń czystych
Otwierając delikatnie szufladę
Poczułam znów smak tych chwil
Teraz i moje marzenia tam kładę
Już nie rozdzielą nas tysiące mil

***

W życiu dostałam kilka prezentów
I słów od ludzi
Cennych
Nie pragnę złota i lśniących diamentów
Chciałabym ciebie zobaczyć znów
Ty jesteś najlepszym podarkiem świata
Który na wartości nigdy nie straci
I chociaż szybko przeminą lata
Będziesz moje serce zawsze bogacił

***

Dobrze mieć kogoś
Kto jest zawsze blisko
Dobrze jeśli można
Powiedzieć komuś wszystko
Lecz najlepsze w życiu
Co się może zdarzyć
To poznać kogoś
Przy kim można
Marzyć

***

Kupię bilet
Do przystanku szczęście

Skasuję pamięć zmarnowanych lat

Przeżyję wyśnioną podróż
U kresu której
Z radością
Przywita mnie

Przeznaczenie

***

Twe zielone oczy
Dają mi nadzieję

Sprawiasz że lepsze jest moje jutro
Wolne od łez i niedomówień

Rozpaliłeś we mnie płomień
Który się nie spala
I nie sparzy Twych spracowanych dłoni
Gdy zechcesz je ogrzać

Dziś potrafię tylko
Patrzeć zielonymi oczyma

Już wiem że w trawie
Nie tylko śpiewają świerszcze

W niej także żyje nadzieja

***

Chciałabym Cię zamknąć
W kropli deszczu…
Abyś zatrzymał się
W mojej spokojnej przystani

Chciałabym uczynić Cię
Powietrzem…
By móc oddychać Tobą
W przestrzeni…

Chcę abyś stał się dla mnie
iskierką…
Tą jedyną spośród płomieni
Która ogrzeje moje ciało
I duszę moją rozpromieni

Emilia Ciołek

***

Dawałeś róże.
Były piękne i …
czerwone jak krew.

Teraz ich nienawidzę!

Ich kolce ranią moje serce.
Spływają z niego czerwone potoki rozczarowań.

Resztki mojej miłości.
Przeciekają przez palce

I nie mogę jej powstrzymać…

***
Łukaszowi

Jesteś
a jakby cię nie było.
Mówisz
a jakbyś milczał.
Kochasz
a twoja miłość
odbija się od pancerza mojego serca
I spada w nicość.
Do twarzy mam przyklejony uśmiech
Przepraszam
to nie moja wina.
To tylko moje serce
Ale poczekajmy
Kiedyś nadejdzie czas
Będziemy szczęśliwi.
Razem
i na zawsze…

***

Mówią do mnie

Widzę jak poruszają wargami

Z ich ust leje się
Potok bezmyślnych słów

Nie chcę słuchać!
Nie chcę rozumieć!
Muszę się wyrwać
Zza zasłon ich obietnic
Ulecieć do mojego
Świata marzeń
snów
iluzji

Już nigdy z niego
Nie odchodzić…

***

Koniec uczucia

Rozsypało się jak domek z kart

Domek zbyt cienkie miał ściany
Aby przetrwać życiowe burze

Jego fundamenty
Zbudowane z kłamstw
I fałszywych przyrzeczeń
Nie utrzymały konstrukcji

A miała być piękna
I wieczna miłość…

***

Pozostawieni sobie
Trwamy…

Przed nami rozciąga się łąka
Obłok utkany z tysiąca barw

Deszcz majowy się skrzy na twoich włosach
Niczym nieoszlifowany diament

Nasz spacer…

To tylko marzenia
Bo
Czekamy uśpieni

Dusze nasze krzyczą niemo

Byle do wiosny!

***

Siedzę w pociągu.

Za oknem przemyka
film mojego życia.

Stacja miłość,
przystanek rozstanie,
postój łzy…

Stacja miłość,
przystanek rozstanie,
postój łzy…

Stop-klatki
przemykają przed oczami
niczym stara taśma w projektorze.

Oglądam sceny
czekając kresu podróży.

Wypatruje ostatniej stacji…

Zapomnienia…

***

To uczucie mnie rozrywa
Roznieca ogień
trudny do ugaszenia
Nieopanowana gorycz
rozlewa się po duszy.
Zatruwa umysł
ciało
serce.

Ta złość…!
Czuję ją całą sobą
Unosi się w powietrzu
Wciska w każdy zakamarek ciała
Kieruje zmysłami…

Jestem bezsilna
Zalewa mnie
jak gęsta czarna ciecz
Zasłania świat
Ogranicza ruchy

Nie mogę się z niej wydostać i …
Tonę
We własnym

Gniewie…

***

Zimowy wieczór
– spoglądam przez okno.

Przy czarnej, mokrej wstędze drogi
widzę sznur gwiazd
uwięzionych w szklanych kulach.

Ulica jest pusta.
w pewnej chwili
spostrzegam cień
snujący się w mroku.

Jeden cień
dwie osoby.

Wtulone w siebie
chronią się przed chłodem
i złem tego świata.

Ono czai się
w każdym ciemnym zakamarku.

Dwie postacie w mroku.

To my!

– i takimi chcę nas zapamiętać!

***

Zapada zmrok
Nieśmiało zapalają się gwiazdy
Księżyc – pan nocy
Odsłania ciężkie zasłony
Budząc widma.
One stają nade mną kręgiem
Śledzą każdy oddech
Nie mogę otworzyć oczu
Ta samotność mnie przeraża

Dlaczego mnie nie zostawiliście?
Moi przyjaciele…

Czy jesteście naprawdę
M o i m i
Przyjaciółmi..?

***

Życie
było snem
Sielanką

Patrzyłam na nie
Jak przez witraż
Załamujący promienie słońca

Rozbiłeś go
Słowami roztrzaskałeś
Na tysiące kolorowych okruchów

Nie mam sił by je ponownie ułożyć.

Nie pada już przez nie światło.

Odszedłeś..!

Joanna Kurowska

Ziemia

Widzenie I

(…) Pan Bóg wziął zatem człowieka
i umieścił go w ogrodzie Eden
aby uprawiał go i doglądał

Tam byłam…

Widzenie II

Byłam tam…

Ryby odpłynęły z krwawych mórz
ptaki wyrzekły się czarnego nieba
nad tym światem
kwiaty wyszarpywały korzenie
tej kwaśnej ziemi
wszystkie wyruszyły w pielgrzymce
by błagać o sprawiedliwość
bez nadziei na powrót

zwierzęta
oczyma o źrenicach rozszerzonych
śledziły gwałtowne cięcia
padające na ciała ich braci
wciąż uparcie żywe
wiedząc
że każdego dosięgnie
karząca ręka
wierzyły
że cienie wyzwolą się z opętania
nadanym im panowaniem

Widzenie III

Byłam tam…

cienie po ulicach szarych
nosiły nienawiść
pod cienkim woalem fałszu

zamykając się w swoich
czterech ścianach
drążyły tunel życia
coraz głębiej
aż po jądro planety splamionej krwią
minionych

cienie o twarzach milczących
nierealnie zniekształconych
w krzywym zwierciadle kolejnych dni
rodziły się i umierały

dzieci ich
odepchnięte przez matki
wiły się w dzikim lęku
na dnie rozpaczy

tam byłam …

***

właściwie chodzi chyba o to
by kwiatom oddawać ich zapach
wszystko nazywać po imieniu
ptakom pozwolić wreszcie latać

i chodzi o to żeby ufać
cierpiąc samotnie i w ciszy
i tylko ten kto cię kocha
płacz bezszelestny usłyszy

i aby dłoniom nakazać
najdroższych rąk poszukiwanie
zaś serce swe przysposobić
na wieczną tułaczkę i taniec

***

W krainie
śpiących stworów skrzydlatych
ciszą spowita spoczywa
matka nadziei i kwiatów
– Miłość Prawdziwa

gołębiom dłonie podobne
złożyła na płatkach czerwonych
brzask kołysankę jej śpiewa upojną
kaskadą rwących potoków
i traw zielonością spokojną

nie zna świata innego
poza we mgle zanurzoną polaną
między niebem a ziemią zawieszona
lękliwa- niezwyciężona pani

oddycha jak dziecko miarowo
to znów w przestrachu się budzi
widać śniła koszmarne bluźnierstwa
samotnością zmęczonych ludzi
zapewne
przepowiedni spełnienia
lęka się i pożąda
że Miłość granic nie zna
i po ziemi musiała będzie
pewnie stąpać

a stopy jej takie maleńkie
że lada okruch jaki
zraniłby na zakurzonej drodze
gdyby nie konwalie mchy i maki

modrzewie cień swój oddają
aby ochronić śpiącą
gdy pszczoły miodne grają
na powitanie pierwszych promieni słońca
konwalie i fiołki leśne
tańczą wokół niej w korowodzie
w takt dzwonków cichej pieśni
chcących sen jej osłodzić

***

Pamiętasz
Miłość
jakiej nikt nie widział
przedtem ni po nich
on był jak obłok
lekki i ulotny
ona jak burza
która pod niebo wzniósłszy go
zabiła
gromem rozpaczy

pamiętasz
szczęście
które się nie śniło
nikomu kto patrzył
on zrywał kwiaty
pachnącej wanilii
ona na skale stanąwszy
błagała pomyślne wiatry
by lekko go niosły

pamiętasz
letnich traw poszumy
które u stóp ścieląc się im
śpiewały
– nie przeklinajcie nadziei
choćby drżały głosy
i łzy dławiły w gardłach
nie zaprzepaśćcie miłości

***

Wanilii słodkomiodne pola
ogrody różanych cierni
wszystko to gdy płynę
wachlarzem uskrzydlonych ramion falując
jest jednym

nie sięgają mnie
słowa ani krzyki
gdy zwiewnie niesiona wiatrem
szukam szczęśliwej wyspy

ufam że gdzieś istnieje
pod jasnym i czystym niebem
tymczasem wśród burz z łabędziami szybuję
w modlitewnym skrzydeł śpiewie

nie zwątpię nim zlądujemy
na piasku szczerozłotym
wśród dźwięcznych śpiewów syren
i białych piór łopotu

wierzę że znów mnie zaniosą
tam skąd wyrwał dzień
gdy pośród zieleni i krzyków pawich
uwierzyłam w niebyt słodki
w krainie wiecznej arkadii
w moim śnie

***

Kiedy zaśnie we mnie
moja wędrowna dusza
i śnieg wieczności przykryje
szare kwiaty marzeń
wzbierze obawą siła moja krucha
– na śmierć mnie skarze

i kiedy się zatrzymam
ze wzrokiem utkwionym
w jasności
której nigdy nie doświadczę
stanie się serce głazem narzutowym
– nadziei się zaprę

moment przeminie
jak przepływa okręt
mijając wyspę
na której brzegu nikt nie czeka
– stanę na dziobie
w objęciach losu
nasłuchując nawałnicy echa

***

Cii…
nie śpi Licho
opasłe tomy filozofii
chłonie zachłannie
mądrości swej formułując wykładnie

nie śpi
lecz czuwa
by uczciwość nieporadnością zwano
by drwiono z niej
z przekąsem silniejszego

nie śpi
finezyjne udręki obmyślając
kogo na dno zepchnąć
komu dłoń podać
– albowiem dłoń podana
podaną będzie – nic za darmo

nie śpi
w rynsztoku kłamstw i kłamstewek pełnym się nurzając
a kto kąpieli tej nie zażyje
z naiwności powstały
w nią się obróci

***

dziecko niechciane
zapomniałaś
zbyt szybko
aby nauczyło się żyć
bez ciebie

umarło
nie pielęgnowane
miękkim dotykiem
twej miłosiernej dłoni

istniejesz teraz
tylko dla siebie
a imię twoje…
o ściany obija się
z trzaskiem

Poesis
– matko zranionych
i obłąkanych
módl się za sobą
nie za nami

***

znam kolejnych godzin niepokój
człowieka który nic już nie rozumie
i światło blade dni poprzednich
i miłość która tylko czekać w ciszy umie

znam gorycz co pustoszy myśli
i serca zmusza do ucieczki
mam sen – ten o nadziei który sam się wyśnił
i cudowną melodię cichej pieśni

Do T.K.W.

Czekam
by płynąć na łasce fal
jak ty
durniu naiwny
– uparte cielę swej epoki
któreś matki złotodajne odpychało
wierząc i nie wierząc zarazem
że bunt…
że człowiek…
prawda…
moc…
… nie ciało

czekam aż los się odmieni
rozum stanie się łaską
nie kulą u nogi
przekleństwem i pośmiewiskiem

czekam
w żalu po tobie
bo gdybyś dziś na ziemię został zrzucony
ani chwili
na myślenie o człowieku
w twym wnętrzu stłamszonym
i na ład czcigodny burzące strofy
nie znalazł byś
w tym pędzie

Judyta Śledź

***

Dopóki głęboka cisza
milczeniem swoim
ostatnich krzyków
łagodzi przyczynę

Dopóki głęboka cisza
błogim spokojem
wzburzoną
duszę mą napawa

Zmącone łzy przytulam
i prawdy poszukuję

W takiej ciszy
wszystko wydaje się być
senną melodią uniesień

***

zsunął szal z ramion nocy
rozchylił jej wargi
sennym pocałunkiem
kreślił na ciele
szkice pragnień
dotąd ukrytych

gdy zsunął jej suknię
okryła się mgłą
brzask spływał z włosów
po śladach jego ust

gdy gwiazdy spadły
a wszystkie barwy stały się liliowe
zniknęła
w przedostatnim dotyku

***

Kiedy nie będzie już powrotu
i życie poda mi rękę
na dobranoc

o nadludzką odwagę
poproszę bezradnie

byś nauczył mnie Panie
umierać

***

Duch Twój nad wodami
jak woń kadzideł nad ołtarzem
wznosi się dym całopalenia
ofiara mojej miłości
poświata srebrna
przeszywa mrok
z lekka muskając
opuszczone świątynie
Twego ciała
dawnych pieszczot
wciąż jeszcze
rozkoszne wspomnienie
pokłonem nieba zdradzone
mgła
ukrywa zbyt śmiałe spojrzenia

i nie czas dla nas
lecz my dla czasu
darem jesteśmy

niech więc trwa
błogi
i milczy
zaklęty
boski szept zegara

***

są sprawy
których już nic nie naprawi
są słowa
których na nowo pozbierać się nie da

i
miłość

w której mi do twarzy

w kolorze nieba

***

to jeszcze nie śmierć
a już umieranie

jeszcze nie miłość
a już kochanie

to tylko zakręt

między ramionami krzyża

***

nie wiem
ile prawdy ukrytej
między słowami
wciąż samotnych wersów
pośród monotonii
chowam głowę w piasek
bo mi wstyd
że drzewa nagie zostały
jesienią

***

szukając miłości wśród ludzi
na kamień trafiłam

pokochał mnie
kamienną miłością

***

Sen
dodaje odwagi mym oczom
spojrzę pamięcią na nieobecne jutro
ono
zastygnie w takcie górskiego potoku
uwierzy mi
we wszystko
zabraknie czasu na kwiaty
i nektar słodki nadziei

zniknie zapach
zbożowych warkoczy

***

wczoraj
kochałam twe słowa
poezjo
te z trudem wypluwane
do których nikt się nie przyznaje
prócz ciebie

kochałam dłonie poparzone
od twej odwagi

kiedyś kochałam
wzloty i upadki
byleby z tobą
byle u ciebie

teraz chcę zamknąć w poetyckiej ciszy
samotność którą
choć boli mocno
łatwiej znieść
w cieniu samotności dawnej

nowe pokolenia
nową poezję stworzyły
kolejny żart

teraz chcę spojrzeć innymi oczyma
zamienić się w prawdę
która najpiękniej całuje
Boleć jak ona
i jak ty bolałaś
gdy Cię kochałam

Oczu popielnice
płaczą szczerością

nie chcę być już poetą

Justyna Kopeć

***
niech obudzi mnie dzień
szczęściem zamknie usta
z nadziei utka aureolę
wypełni płuca wiarą

nie mogę dłużej trwać
w beztrwaniu
muszę zaistnieć
choćby potu kroplą

niech ten dzień
zbudzi wreszcie mnie
bym spotkała
szczęście
nadzieję i wiarę

***

jeśli cokolwiek robisz
nie gub zębów

one pomogą ci w karierze

pamiętaj
gryź mocno
kęs każdy przeżuwaj

i uważaj
by nie wypluć
sensu życia

***

jesteś moim aniołem
moim marzeniem
jesteś zawsze taki
jakim pragnęłam byś był
usłyszałam twój głos
w mojej krainie snów
pobiegłam za nim
spotkałam ciebie
tyle wystarczyło
bym przestała pragnąć innych

***

miałeś przysłać mi
nadzieję
zamkniętą w kopercie z kwiatów
wciąż czekam jej spragniona
palcami wybijam na parapecie
stukot pociągu
jakby to mogło
przyspieszyć
cokolwiek

oczekuję na nadzieję
sama nią będąc

głupia nie wiem
żaden listonosz
nie doręczy koperty bez adresu

***

cisza staje się muzyką
gdy gra słońca z cieniem
odkrywa kwiaty na stole

dłonie jej
wypełniają
krople czasu
niespieszne

z zaciekawieniem spogląda
na bramy nieba
czy Piotr ważyć będzie
grzechy bezgrzesznego tłumu
czy odmierzy ciężkość jednego losu
niesłusznie już osądzonego

ona nadal czeka

puk puk

do okna puka nieśmiało
wiosennie zielona gałązka bzu

***

by choć o minutę jedną
przyspieszyć to
co wydarzyć się musi powinno

by przestać niecierpliwie
spoglądać w drzwi
u których progu staniesz może dzisiaj

niech wszystko się już wydarzy
niech się rozstrzygnie
mój dzień dzisiejszy
moje jutro

zadecyduj wreszcie
czy twój dom
uczynisz naszym domem

***

stworzyli mnie
mężczyźni
– dla nich samych

oddaję im więc
swoje
życie

poświęcam
marzenia…

jestem samotna
pośród tylu

pożądań

***

Świat
dążenie do samozagłady
niepewne jutro
Świat
my
wy
oni

dobro
zło
męka
ukojenie
Świat
czas
który nie leczy
ran

nadzieja na
przyszłość..?

***

że przyjdziesz
wiedziałam
zanim nadszedłeś

znaki twego przybycia
odczytywałam z cieni
rzucanych przez kwiaty wszystkich łąk

wieczorami czułam twój zapach
przynosił mi go wiatr
on pragnął
bym poznała ciebie wcześniej
bym zdążyła do ciebie przywyknąć

obłoki
które niechętnie zdradzają tajemnice
dla mnie na niebie rysowały twoją twarz

mogłam zawczasu przymierzyć ślady twoich stóp
bowiem ziarenka piasku przed moim domem
układały się w ich kształt

zdążyłam cię poznać
nim zauważyłeś
że nasze cienie od dawna chadzają
na randki

***

wiele marzeń
wiele realizacji

wiele
mostów
buntów
barykad

wiele
dobra
zła
połowiczności

wiele
wielości

* * *

są wśród nas…
nieznani
– jak my dla nich

może…
zakochani
załamani
dający szczęście gdy
szczęściem obdarowani…

są wśród nas…
próbujący ukryć się w…
tłumie

oskarżeni –
nie rozgrzeszeni

tacy niby…
znani –
a nieznani

są wśród nas…

lepiej być…
nieznanym
schowanym
nierozpoznanym

zagubionym kochankom

dziewczyna piękna
tańczy
chłopak
namiętności
ulega…

(…)

czysta
dziewicza
miłości
okaż nam
swoje
oblicze

raz jeszcze..!

Krzysztof Śledź

DO POETY

Jeśli jest w Tobie nocy krzyk najgłębszy,
Wola jak gałąź, której wiatr nie złamie –
Jest obok ciężar od przekleństwa większy:
Pół-szklany kamień.

Gdy fale grożą Ci – to wzbij się nad nie,
Piórem rozetnij tę ciemność szaloną,
A poznasz w mroku, czując iskrę na dnie
Że – umiesz płonąć.

Pieśń wstanie, kiedy odleci Cię trwoga;
Droga przez skały i biały wodospad:
Słowo – nad wyraz rzecz bliska i droga,
Jak pamięć – prosta.

I ujrzysz przestrzeń, gdzie jeszcze nie byłeś
I proch z kamienia, co pod słowem skruszał.
Sen tak przesenny, o jakim nie śniłeś
To Twoja dusza.

29 maja 2005 r.

ŚWIATŁO


Mojej najdroższej Asi – Krzysztof

Ktoś popatrzył na mnie inaczej.
Choć to może świateł gra złudna –
Burz nie widzę w oczach, a raczej
Coś jak zwiastun ciszy południa.

Grzech – zła plama – lepił się do mnie;
Noc przeszłości trwoży mnie cieniem.
Choć nie umiem o tym zapomnieć –
Ktoś przynosi uspokojenie.

Świt jest ulgą, kiedy mnie wita
Dnia przejrzystość, która przemienia.
Wzrok czyjś – pieśnią; z barw jej wyczytać
Jak błysk mogę – krzyż rozgrzeszenia.

Coś jak balsam w duszę mi spływa;
Śpiew bezgłośny znaków i znaczeń,
A w nim – nuta jasna, prawdziwa,
Bo Ktoś spojrzał na mnie inaczej.

15 grudnia 2004 r.

ELEGIA XXVII

Noc jęknęła i pękła – i stała się pustka
Tym, którzy sen odjęli od siebie jak ręką.
To jedna świeca przeszła w czarną wstążkę cienką
Jak duch na drugą stronę rozbitego lustra.
Światła po świt łzawiły w szarookich oknach
I każda cisza w tłumie – tak nagle samotna
I głos zamierał w gardłach, kamieniały usta.

Mówił: “Ja Was szukałem; Wy przyszliście do mnie”.
Jak im obrócić teraz myśl w najmniejsze słowo,
Gdy smutek co przycichnie – zaraz w cierń na nowo,
Gdy sól, co spływa w dusze – rośnie w gorzki płomień?
Mówił im: “Brońcie krzyża” i “Ducha nie gaście”.
Jak teraz podnieść dłonie, w oczy patrzeć jaśniej,
Nawzajem nieść do siebie serca jak pochodnie?

Przed morzem głów, ściśniętych jak szeregi wojska
Ktoś mówi zamiast Niego: “Piach otrzepcie z kolan;
Niech fale się rozstąpią, jeśli Nieba wola,
Bo dumni być winniście. Niech cieszy się Polska!”.
I mówi ktoś: “Nie płaczcie; zrzućcie brzemię z piersi,
Wszak to jest światło życia, a nie otchłań śmierci.
On nie odszedł; On wrócił tam, do domu Ojca”.

Wam unieść głowy trzeba; odetchnąć tą chwilą,
Która zapala iskrę w spojrzeniu Pielgrzyma,
Gdy nagle cel ujrzawszy – krok w cieniu zatrzyma,
Aż zbierze w nogach siły przed ostatnią milą.
Za jedną świecę zimną kiedy błyśnie milion –
Odnowy duch odmieni oblicze tej ziemi.

2005 r.

I. PRZESTROGA
pamięci Księdza Jana Twardowskiego

“Podziwiają ludzie górskie szczyty,
falujące morza i szerokie rzeki,
przestrzeń oceanu i koliste drogi gwiazd,
a siebie zaniedbują”.
/Św. Augustyn/

Trudno jest dojrzeć Prawdę zanim zamkniesz oczy,
Żeby mieć jak na dłoni na rąk wyciągnięcie
Znak, że znad małych szczytów, które do chmur tylko,
Błyszczy Wiara ogromna jak ziarenko piasku.

Może przed tobą fale wzburzone jak cisza,
Rzeka najszersza ledwie od brzegu do brzegu,
Ocean z twarzą lustra, aż strach po nim płynąć,
Ale w duchu Nadzieja, co oswaja wodę.

Dziwić się kręgom świateł na muśnięcie myślą
Łatwiej jest niż ogarnąć Miłość aż tak wielką,
Że tylko w sercu zdoła pomieścić się cała
I dla Jej blasku niebo nazwać po imieniu.

Gdy ptakom się przyglądasz – wiesz, czym jest modlitwa.
Od drzew się ucz odejście przyjmować pokornie;
Pamiętaj o tym, czego nie można zobaczyć,
Co jest w rzeczach zbyt małych, by o nich zapomnieć.

18-19 stycznia 2006 r.

II. DROGI

Z dróg różnych wielu – wszystkie takie same.
Widać na każdej ślady jednej Stopy
I wielkiej Ręki znaki nieomylne
Jak skromny podpis malarza na płótnie.

Stromo pod górkę – to krok ołowiany,
Jakby ktoś drzewo położył na barkach.
Z górki – to lekkość: im szybciej – tym wyżej;
Wiatr potargany sam się pcha pod skrzydła.

Kręte odmiennie, a wszystkie dla ludzi.
Można na każdej napotkać przyjaciół:
Piach, który lubi ciche miejsca w bucie,
Kamień, co bardzo nie chce, by go minąć.

Z dróg takich samych – każda trochę inna.
Z górki, pod górkę, przez piach czy kamienie,
Z krzyżem czy wiatrem u strudzonych ramion –
Dom przecież jeden – i jedna wędrówka.

5 lutego 2006

PRZED ZAŚNIĘCIEM

W miękkość bieli – spokój i ciało.
Kropla myśli wzlecieć chce ptakiem,
A sen we mnie jest taki mały
Jak srebrzyste ziarenko maku.

Dusza światła rosą oddycha,
Falowaniem jasnych przestrzeni,
A sen we mnie jest taki cichy
Jak gasnące echo westchnienia.

Źródło bije. Gdzie brzegi szerokie,
Ponad wodą błękitną i pianą –
Skrzydła żagli na masztach wysokich
Pragną wiatru, wśród chmur kołysania.

Źródło żyje. Pieni się rzeka,
Białe grzywy nagli do biegu,
A sen we mnie jest tak daleki,
A sen we mnie tak jest odległy.

Źródło tańczy. Grzmi fala jak ogień,
Wzbiera blaskiem i burzy się w gniewie,
A nie umiem odnaleźć snu w sobie,
A nie umiem tak zasnąć – bez Ciebie.

Jeśli Ty czekasz gdzieś,
Jeśli tam słyszysz mnie,
Z białej mgły – biały tren
Przynieś mi, biały sen.

W miękkość, w światło – tak gładki jak lustro;
Cienką niby księżycowy włos
Struną w ciszę nalewa się pustą
Kołyszący, miłośpiewny głos:

“Z białych mgieł – biały tren;
Płynie śpiew: biały sen.
Z białych nisz – biały znicz
Sypnie blask tam, gdzie śnisz”.

Śpiewaj mi jeszcze, kołysanko moja,
Nieopisana melodio wieczoru.
Skrzypiec jasnością – w przestronne pokoje,
W gamę kolorów Twe pieśni zabiorę.

Śpiewaj mi jeszcze opadanie pereł
Na złote muszle, na srebrne korale;
Dźwięki sonaty jak świetlisty przelew
Z chmury przez błękit do serca – i dalej.

Zanieś mnie puchem w nieobjętą przestrzeń:
Mgieł wirowanie między snem i deszczem,
Pomiędzy świateł i cieni tak wiele.
Muzyko moja, ukołysz mnie jeszcze…

20 października 2005

2.WSZECH-ŚWIAT

Jakbym był cieniem gwiazdy – tak słyszę zew planet,
Wciąż wirujących w tańcu, który się nie kończy
I jakbym czuł to źródło, co płomienie łączy
W ostrza świateł i ciszy grzmotem połamanej.

Znam drogi stare, kręte i innym nieznane
I dom pierścieni srebrnych w ognistej opończy,
Bo głos, co mnie nauczył, jak krew nocy sączyć –
Był jak odbicie gromu z chmury nienazwanej.

I jeszcze znam tę ciemność, która dźwięk wydłuża,
Przez którą płynne słowo przemienia się w ogień,
A mroku szept najcichszy staje się jak burza.

Po drodze jak ornament starożytnych zdobień
Unoszę się nad siebie w nadgwiezdnych podróżach,
Gdzie burza, szept i ogień, a wszystko mam w sobie.

Reymontówka,18 grudnia 2005

1.LEGENDA ZIMOWA

Dzwon kamienny cień okrył; szron zbielił bezdroża.
Całun mgły rozedrganej widma drzew owija.
Pazur ciszy – jak sztylet w pierś nocy się wbija.
Nad pieśnią pełną blasku – posrebrzany pożar.

Z przestrzeni nieobjętych – w jasnej glorii zorzach
Powraca duch świetlisty, który sny zabijał.
Wybiegam mu naprzeciw, a on mnie nie mija;
Fala łun jak wołanie z głębokiego morza.

Dotyka mnie szept światła, a po nim nadchodzi
Ktoś w szatach purpurowych, z drzewcem kosy w dłoni
I wieniec splata z czarnych, wypalonych godzin.

Na wieży drgnęło serce i kamień zadzwonił;
Wiatr smutku wije gniazdo w żaglach martwej łodzi.
Znów słyszę własne myśli – tabun karych koni.

Reymontówka,18 grudnia 2005

3.BIAŁY SONET

Asi, Sylwii i Krzychowi,
którzy byli świadkami,
jak “pojechałem białym”

Są miejsca dla poezji w reymontowskim dworze,
Gdzie zjawia się mgła srebrna. Z rąk księżyca wzięta –
Nabiega blaskiem cisza jak woda zaklęta,
A z ognia wierszy spływa kołyszące morze.

Tu spokój – pierwszym światłem o wieczornej porze,
W kręgu chwili bez końca, która wciąż odświętna.
Jestem w niej, trwam i płynę, o śnie nie pamiętam;
Jeszcze się stanie sonet, nim głowę położę.

Nie będę się uchylał przed takim wołaniem,
Co z mgły się w szum przemienia, śpiewny i wysoki;
I tak wrośnięte echem we mnie pozostanie.

Z myślami ogromnymi po same obłoki,
Ze szklanką w dłoni czekam, aż usłyszę kroki.
Pokój, wino i świece – i nocne pisanie.

Reymontówka,18 grudnia 2005

PROŚBA

Życie! Nie krzyw się temu,
Kogo sen – zdruzgotany.
Daj mu rękę i prowadź
Na wprost.

W nie-jasnościach eremu
Ogniem barwią się ściany.
Łatwiej m u r wybudować
Niż m o s t.

07.06.2005

Łukasz Kosiński

***

Zastanawiasz się, Kotku, czemu tak cicho?
Gwiazdy przygasły strachem zduszone…
Księżyc zasrebrzył się wstydem

Psy wyją skulone w bramach…
Wszystkie dachowce koty ze sobą drą…
Mrok ciemniejszy stulił się w zaułki…

Tak, Kochanie…

Już mówię, no nie drżyj tak…

Szkoda, bo przecież nie słyszysz…

Idę powoli tam, gdzie na mnie nie czekasz…
Z burzą w kąciku oka…

Wiatr rwie z klombu kwiaty…
Nie martw się, kazałem mu…
Dziś położę je pod twymi drzwiami…

Idę powiedzieć, czemu miasto milczy oszalałe,
Choć włosy z głów rwie…

Przyznaję się do winy…
Dałem Księżycowi w pysk,
Choć to mój jedyny brat…
Wiesz, że nie przyjmuję krytyki…

Dokonałem gwałtu na świecie zwykłych ludzi…
Dziś nikt nie zaśnie codziennym koszmarem…

Bo jestem tu dla Ciebie
I pachnę świeżym snem…

I wiesz, Kotku?
Uchowałem dla Ciebie pod prawą powieką
Jedną krwawą łzę…

Już mi przeszło, Kotku…
Zbiorę szufelka mrok…
Księżycowi śliwę lodem obłożę…

Wpuścisz mnie?

***

W ciszy uchylonych drzwi
Na prawie uprzątniętym stole
Leżą kartki na wpół zapisane
Miłości niepewnej wersetem

W kuchni niezamiecionej
Popielniczka z niedopalonym papierosem
Talerz niepełen gulaszu
I szklanka niedopitej wody

W sypialni, z pościelą rozrzuconą
Wiatr ujeżdża zapomniane sny
W pustce postludzkiej
Drzemie cisza

Chłopcy

Jak już przebrzmią dzwony
Przygasną światłą.
Jak już zgwałcą ołtarze
Chłopcy bawią się dalej.

Płoną im oczy wściekle
Ręce rozedrgane pożądaniem.
Drą szponami rzeczywistość.
Rżną się chłopcy z czasem.

Jak już zelży żądzy
Wściekły wrzask.
Chłopcy patrzą
W niebo, co iskrzy

Się wspomnieniem,
Tych kobiecych
Ramion czułych, tych pierwszych
Bez zmazy.

Tych miękkich pocałunków chłopięcych.
Tych łez pierwszych przeklętych.
Jak wspomną chłopcy z gwiazdami
Te czułe, pierwsze momenty.

To wstępy czułe mają w dupie.
I znów drżą im ramiona.
Wygłodniałe dłonie
Drą czaszki z oczu wilgotnych.
Chłopcy bawią się w kobiety i mężczyzn.
W burdele przydrożne i wyznania za papierosy.

Zlani potem, przesiąknięci
Swym damsko-męskim teatrem.
Chłopcy bez kobiet uczą się szaleć
I wbiegają na pudełka wybuchowe.
Chłopcy w podmuchach ognistych
Wznoszą się ponad samych siebie.
Chłopcy w tańcu iskierek, co je ponoć Pan Bóg nosi
Uczą się być mężczyznami.

A ten, co ma dwa przy kołnierzu paseczki.
Ten to ma fantazję, bo odwraca
Czasem zdjęcie rodzinne
od aktów Chłopięcych
i oficerek ubłoconych
odzianych w koronki.

***

Nadszedł świt…
Bez papierosów.
Bez pustej butelki.
W antyseptycznej pościeli.

Nadszedł cholerny świt
Napominający dręczącym wołaniem
Szpar w suficie
Torturą nie wytartej podłogi
Zabliźnionych, suchych ud
Wywietrzałych czułości
Wspomnień o pogryzionych pachwinach.

Nadszedł świt z codziennym pouczeniem
Że trzeba kupić nowe lustro
Bo w to nie da się już walić pięścią.

Bohaterowie

Gdy zrozumieli, że już nie wrócą
Usiedli na skraju drogi
I udawali, że to kurz tak gryzie w oczy
Oddychali równo, i wydawało się że w pyle czuć dom

Dowódca spojrzał w Słońce
Może wierzył, że to samo ogląda żona
Może myślał, że właśnie jego syn dojrzewa
Z tą śliczną dziewczyną w wiecznie za krótkiej spódnicy
Może książki w pracowni leżały tak, jak je zostawił…

Ktoś ocierał łzy zdjęciem kochanki
Może miała już innego?
A może wciąż zasypia w zapachu koszuli,
Którą jej zostawił?

Ktoś zaśpiewał piosenkę
Inny dodał zwrotkę
O cyckach żony pułkownika

Któryś przeczyścił lufę
Przed ostatnim strzałem
Nikt nie miał do niego żalu

***

Kiedy wychodzę w mrok
Czeka na mnie ona
I tylko ona
Ta pewność, że ból się kiedyś skończy
Zaciska się na poręczy
Tężeje na rozchylonych wargach
Ta pewność, że ból ma jednak sens
Ta pewność unosi stopy
I prze
Niesie się w mroźnym powietrzu czuły
Szept
Delikatne palce zmierzchu pieszczą skronie
Nie otwieraj teraz oczu
Nie otwieraj…
Bo zagłuszysz spojrzeniem głos pewności…
Że dziś jest dzień, by stał się cud…
Że dziś wieczór znów się wzniesiesz…
A gdy ona zniknie
Zawstydzony oddasz się nocy
Zbyt krótkiej dla aniołów bez skrzydeł
Więc zaciśnij zęby
Otwórz dłoń
Spluń w noc
I odwróć się
Czekaj na dzień
Póki żyjesz możesz mieć nadzieję na skrzydła
A gdy odwrócisz się od słońca
Szukaj ich w mroku, który rzucasz Ty sam…

Modlitwa o 7. nabój

Czekam, pamiętasz?
Miałaś po mnie przyjść…

Nie przyszłaś z pierwszą,
Bo pierwsza była dla niej…
Najpiękniejszą karminową szminką
Umalowała jej usta…

Druga też niewiele zmieniła…
Bo druga była dla niego…
Uda jej białe rozchylił i skradł…
Więcej niżby chciał mu dałem…

Trzecią poczęstowałem odźwiernego…
Bo, czemu by nie?
Człowiek zaczyna się przyzwyczajać…

Czwartą stróżom moralności…
Nie zrozumieli moich podziękowań…

Po piątej musiałem oszczędzać…

Szóstą zostawiłem Tobie…
To straszne, wiesz?
Bo jednej nie starczy dla nas dwojga…

Kołysanka moja miła

Zaśpiewam Ci, no nie bój się.
Zamknij słodkie oczka, gdy poczujesz w nich
Ten rozkoszny piasek, co przypomina, że czas spać.
Zaśpiewam kołysankę.
Spisz już? Spij, śpij
Zaśpiewam, że świat Cię kocha
i wszystkie gwiazdki.

I w sen Cię zabiorę.
I tam też zaśpiewam.
Zaśpiewam Ci wydartym gardłem chóru chłopięcego
chłopięctwem przedwcześnie zabranym.
Zagra pianista krótkie interludium obciętych palców.

Skrzypaczki bez rąk wyskrzypią Drzwi…
Pokażę Księżyc spływający krwią.
Ach! Cóż za Cudny Karmin
I gwiazdy strącone z nieba.
To dla Ciebie.
Pokażę Ci tancerzy, bez nóg.
I Romea z Juliettą, ich zmiażdżone podbrzusza.
To miłość prawdziwa!

A potem pofruniemy, podać rękę aniołom
bez skrzydeł zerwanych w czasach niepamiętnych.
Pokażę Ci świat, gdzie nie trzeba mieć serca, by kochać.
Wyśnimy miejsce, gdzie nie trzeba mieć mózgu, by myśleć.
O widzisz tego tam? Lobotomia, a wciąż umie liczyć.

Spij, Kotku, śpij….
A ja Ci zaśpiewam, że…

***

W ciemnych zaułkach
W lepkiej ciszy poranka
We włosów rozrzuceniu artystycznym
Szminki krwawej połysku

Długo i uporczywie
W dymie papierosów
W dusznym gwarze południa
I smrodzie otwartych studzienek

Spracowanymi rękoma
I spojrzeniem swym zmęczonym
Brudem za paznokciem
Zagryzioną rozkosznie wargą…

Szlifem wirtuozerskim
Łuku swoich bioder.
Strużką potu na czole
I wonią pracowitych godzin.

Kochał je na zabój
Jedną bardziej od drugiej
I tak bardzo chciał jak one
Umrzeć z tej wielkiej miłości

Duch ludzkiej chwały

Ty się nigdy nie męczysz
Nigdy nie masz dosyć
Zaciskasz rycerzykom palce
Na rękojeściach mieczy
Spusty dociskasz chciwie
Rzucasz butelkami
I olej wylewasz na drobnomieszczańskie łby
Chłodno kalkulujesz i przesuwasz im dłonie na mapach imperiów
Wlewasz im w serca ciche pragnienia
Grasz na ich gardłach elegie na swoją cześć
Otwierasz im rany w piersiach
A potem zabliźniasz je w świętą dumę
Widzę pieczęcie na wypalonych powiekach
Które zamykam, gdy odchodzą w niepokoju
I tylko mi żal pobielałych palców
Którym nigdy nikt nie powie, jak ugłaskać los
Ty ich gnasz, na gwałt starych prawd
Pilnujesz, by zawsze mieli czego nienawidzić
Ja zacieram ślady ich stóp
Stawiasz ich rękami pomniki swej wielkiej chwały
Które zawsze podpisujesz ich własnym imieniem
Dajesz im pewność ich wielkości
I tylko ja rozumiem ten Twój cholernie śmieszny żart
Że śmierć będzie zawsze sprzątać
Po duchu ludzkiej chwały
I trzeba by tu skończyć
Tyle, że jeszcze śmieszniejsze
Że Ty wcale, duchu, nie istniejesz

Reklamy

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: