Strona Siedleckiej Grupy Literackiej Witraż

Wojciech Kokoszka

***

karawaną uczuć zmierzamy przez życie
w palącym słońcu ocen pochylając czoła
by uchronić oczy przed piaskiem opinii
i kamieniami słów rzucanych za plecami
w awangardzie równo ramię przy ramieniu
odwaga z pogardą gotują się do walki
zaraz za nimi po ciepłych jeszcze śladach
stąpa kunktatorstwo w płaszczu z pięknych frazesów
wśród pląsów rozterek cicho zdąża przyjaźń
targana przez niepewność za swą rację bytu
już słychać sapanie
oto litość idzie
uginając nogi pod bagażem doświadczeń
zwojami przebaczeń wypchanym po brzegi
głośno tupie pewność przez słuszność przekonana
o wyższości głodu nad popędem płciowym
w koronie z pochlebców duma kroczy wyniośle
rozdając cmoknięcia w judaszowe usta
w tylnej straży idą tchórzostwo z zazdrością
gotowe by wzniecić płomień rewolucji
w oddali tylko miłość drepce nieporadnie
jako pies bezpański wrzaskiem przeganiana


List do męża w delegacji

kocham Cię najbardziej
kiedy Ciebie niema
gdy na pożegnanie
całujesz powietrze
ręką kreślisz znaki
spojrzeniem zaklęcia
odwracając głowę
sadzisz tęsknoty
posmutniałe ziarno

kocham Cię najbardziej
kiedy Ciebie niema
radości i żalu
przywracam obrazy
wtulona w pościeli
odurzam się zapachem
naszych gier miłosnych
i śniadań do łóżka

kocham Cię najbardziej
kiedy Ciebie niema
gdy w ramionach kochanka
pieszczę Twoje ciało
i w chwili rozkoszy krzyczę …
Twoje imię

Mój mężu

Aniołowie z kolejowych dworców

napęczniali śmiechem odpinają skrzydła
zdejmują prześcieradła rozkręcają trąbki
kupują stare dżinsy
i prostują loki
sczerniałym żelazkiem
z wypaloną duszą
czasem się upijają tanim winem z Kany
później przez sen krzyczą hasła rewolucji:
– Wybielonych koszul!
– … i cudów w niedzielę!
kiedy wreszcie sprzedadzą ostatnie butelki
i zastawią w barze swój bilet do raju
kładą się na posadzkach kolejowych dworców
tuląc się do słów rzuconych w zapomnienie
czasem ktoś ich kopnie lub splunie z niesmakiem
odwracając głowę od swego odbicia
w zakurzonych szybach zamarłych pociągów
a diabeł poczciwy pochylając głowę
szepnie im do ucha
– Dobranoc aniołki
i odchodzi szybko by ogień podłożyć
pod kolejną stertę
połamanych piór

***

przywieźli go wieczorem
zaraz po mszy
podobno pobił księdza
zgasił wszystkie świece
dzisiaj rano chodził
i namaszczał kucharki
wrzącym olejem po smażonych rybach
gdy ładowali mu fenaktyl
w potrojonej dawce
szeptał całkiem spokojny
czemuś mnie opuścił
teraz już tylko śpi
ale trzymamy go w pasach

zapowiadał
zmartwychwstanie

***

nadejdzie taki dzień
kiedy gładzić będę ulotność wspomnienia
spotkania dotyków w ogrodzie mego ciała

szorstkie policzki porannej rozkoszy

nadejdzie taki dzień
ciszy telefonu
niechcianej rozmowy
gdy moje serce już nie musi słuchać
gwiazd pieszczonych światłem nieprzespanych nocy

nadejdzie taki dzień
wtedy nawet próżnia odpowie mi echem
bez pożegnania
a ja w korytarzach duszy
stłukę wszystkie lustra naszego istnienia

przecież tylko raz
urodziłam się dla Ciebie

Jedwabne nitki pamięci

kiedy ptaki snu rozprostują skrzydła
by odlecieć za morza naszej wyobraźni
gdzie anioł stróż ze śmiercią
gra w znaczone karty
o dusze z odzysku
po terapii czyśćcowej
leżę nieruchomo z wpółotwartym okiem
wpatrzonym w poczucie winy
czające się w kącie

siedzi tam od dawna
w kaftanie z nowych postanowień
i mocnych przyrzeczeń
lekko już wyblakłe
od błagalnych spojrzeń pobitego psa
kota z obciętym ogonem
pompowanej żaby
nie mogę tylko zrozumieć
czemu wtedy
odwracało głowę
gdy żywcem
do nieba szli z płonącej stodoły

Nauczycielka

koszulą wiatru otuleni
biegniemy depcząc głowy upadłych stokrotek
wielokrotnie wiązanych we włosach
niechcianych matek z niechcianymi dziećmi
chwytamy językiem słońce
gorąco rozpostarte na zdyszanych piersiach
które jeszcze przed chwilą
skryte za chmurą stanika
udawało jabłko zrumienione wstydem
a kiedy już prawie w malin zagajniku
kosztujemy owocu w gęstwinie splątanej
świst bata tnącego rozgrzane powietrze
powstrzymuje naszą podróż do świata dorosłych

potem jeszcze długo
nienawidziłem rolników

Śmierć kamienicom!

w betonowych lasach liczne rosną drzewa
jedne całkiem młode nieśmiało błyskają żywicą
świeżym liściem stalowym i kwiatami anten
te bardziej dostojne wzrosłe już przed laty
z popękaną korą tynków źle kładzionych
oczekują ze zgrozą
na ostatni strip-tease
ceglanej bielizny aż do fundamentów
jeszcze rzucą okiem spod rolet spuszczonych
na wiernych sąsiadów
co nie jedną wojnę wraz z nimi przetrwali
uchylą ronda zmurszałych dachówek
w pożegnalnym geście zszarzałym gołębiom
i głowę z jękiem złożą do stóp gawiedzi
co ze stadem żurawi
czeka
na Feniksa

Ojciec narodu

w zaszytych ustach
zawsze rodzą się rewolucje
słów haseł i wyklętych pieśni
wyryczanych tłumnie w nienawistne twarze
ojca narodu – powiernika krawców
szybką ręką posłusznych
wydziergane uśmiechy
nie dodadzą już siły
na ulicach zmęczonych codzienną szczęśliwością
przywiędłego szczypiorku i obojętnych ziemniaków
rozczłapane walonki już dziarsko nie zatupią
rytmu marsza
granego ku pokrzepieniu serc i żołądków
wypełnionych historią i zmrożoną wódką
teraz gdy już nikt nie wierzy w bajki o potędze
magię rakiet i czołgów prawie niezniszczalnych
czas zrobić zamach stanu
przeciw samemu sobie
by ponownie pośród krwi i chwały
wybrać się na wodza
i Boga na ziemi
a lud znów czołobitnie się skłoni
świętując swe zwycięstwo
mojej rewolucji

Rachunek

w szufladach mojej pamięci
Ciebie nie mogę odnaleźć
przewracam stos pocałunków
kartek dotyków nieśmiałych
szukam magii nocnych spotkań
wśród kopert wspólnych spacerów
ostatnich rozmów i wspomnień
bo było ich tak niewiele
spijam uniesień aromat
z listów nigdy nie wysłanych
wykreślam dni w kalendarzach
telefon nieodebrany
lecz oto na dnie dostrzegam
zdjęcie żyletką pocięte
może się uda posklejać
taśmą lub chabrów bukietem

***

pośród ramion smutku szukasz pocieszenia
wzgardzonej miłości
cielesnej ofiary
w domu Samotności dobierasz kochanki
by z wachlarzem dziwek ukojenie znaleźć
układasz starannie
usta
nogi
szyja
nawet piersi małe
też trochę podobne
nos
ramiona
oczy
z tymi zawsze trudno
bo jak blask odnaleźć
w wypalonych gwiazdach
został jeszcze zapach
nagości rozgrzanej
który w uniesieniu chciałeś ubrać w słowa
szeptałeś mi później w swej męskiej próżności
że mnie mógłbyś zawsze i o każdej porze
teraz gdy nie możesz być panem i władcą
nie mów że nie kochasz i że nie kochałeś
zapnij choć rozporek gdy telefonujesz
bo za twe rachunki już płacić nie będę!

* * *

niedaleko cmentarza
starsza pani sprzedaje
polne kwiaty
ulotne momenty jej szczęścia

i tylko śmierć
spóźnia się co roku

Moje miasto

w oczodołach bram płoną źrenice butelek
Piękna Lola i Kwiat nocy letniej
tulone z namiętnością wyciągają szyje
w oczekiwaniu na warg spotkania
wlewają pożądanie w spragnione usta podwórkowych machismo
jeszcze tylko kółeczko
na karuzeli szklanych pocałunków
i świat
będzie piękny

w galeriach korytarzy abstrakcje Tyncassa
grono dżentelmenów roztrząsa
awangardę śmietanki
nieco już zgorzkniałej od codziennych polemik
nad niestałością rosyjskich zegarów
panie w trzydniowych makijażach
z modnym tej jesieni fioletem pod okiem
analizują z uwagą
martwą naturę ryby
kupioną przed tygodniem
dzieci
jak to dzieci
wiecznie zajęte zabawą w złodziei
słuchają z uwagą wykładu o kieszeniach
i tylko tym na pomnikach
kac wypala gardła zmęczone szarością

* * *

miłości Twej Panie wyrazić nie zdołam
nawet wielkim słowem ani myślą wzniosłą
planów Twoich nie znam albo nie rozumiem
bo własnej głupoty już pojąć nie mogę
lecz powiedz mi Panie otoczony blaskiem
łańcuchem cherubów ze stada pochlebców
po coś Ty mnie stworzył?
czyżbyś był samotny?

Reklamy

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: