Strona Siedleckiej Grupy Literackiej Witraż

Marta Sekuła

Zaklęta

Żadnej puszki nie było. Tylko sama Pandora,
Kobieta o oczach pamiętających jabłonie
Zeszła na ziemię z nieba w gwiazd jasnych szwadronie,
Zrzucona w pył do brudnego człowieka- potwora.

Pandora łzawooka. Wygnana z niebios włości
W ohydę. Aten nie było, sztuka nie istniała.
Kobieta opadła na kolana i zapłakała,
Świat ostrym krzykiem spaczyła, skaziła do kości.

Żadnej puszki nie było. Tylko sama tęsknota,
Do jabłoni wśród których tkała ody do kwiatów.
Był ból ze stóp odartych, była gorycz braków,
I krzyków porywistych długa, smętna rota.

Ona dała piękno. Krzyk ludzie wzięli sami.
Anioła życie na czerstwej ziemi zabije.
Świat skaziła cierpieniem. Bo świat pierwszy zranił.
– bo była boska. Zaklęta w chwile.

***

Zostaw mnie wśród pustych ścian

tworzę moje jutro jeszcze raz
pierwsza wersja znikała powoli
każdej z tych nocy

każda filiżanka zapomnieniem była
praniem mózgu przyjętym z nadzieją
sercem nieufnym rozwartym na siłę

każda godzina opowieść snuła
którą pisał ktoś inny
na drugim krańcu ziemi
przy otwartym oknie i zamkniętym życiu

każde słowo którego nie było
wisiało w powietrzu czekając na ranek
w pustce, w bezświetle

a chwila trzepotała skrzydłami
wpadłszy w pajęczynę goryczy
– wielkiego opasłego pająka
z włochatym grzbietem

***

ich dłonie są zawsze jak woskowe świece
płomień zgasł
a one zastygły w formie splecionej na stałe z różańcem
kolejny łańcuch na kolejną drogę

ułożeni
w luksusowych opakowaniach
każdy sam ze sobą
bo modlitwy dochodzą z opóźnieniem

oczy przyzwyczajone do snu
wypatrują już kresu po innej stronie świata
nowej świecy
która znów zapali końce palców
jak ogarki

każdy z nich był świecą ze starego wierszyka

i każdego z nich rzucono w ciemność

***

każdy ma swój nie podlany kwiatek
nie wyłączoną kuchenkę
każdy będzie się śpieszył
na pociąg
lub autobus ucieknie charcząc silnikiem

zawsze znajdą się obietnice niespełnione
zapomniane jak kurz pod łóżkiem
spacery odwołane
bo cisza drzew kłuje w uszy
a to co powiedziane się nie liczy
bo dawno
i już przysypane śniegiem

ludzie spuszczają słowa ze smyczy
i odchodzą

***

Obłok nad nami. Tańczy w wiatru rytmie
Łopocze, rzuca się, huragan na uwięzi
Szarpie liny, rozciąga się, wygina, rzęzi
Unosi się jak ptak, skrzydłami szumi, zniknie.

Obłok za nami. Wzburzony w cień umyka,
Malutka Droga Mleczna- biała smuga piany,
Proszek z pereł- łez aniołów, rozsypany
Na chwilę, sekundę, wodną toń odmyka.

My jak obłoki. Suniemy po jeziorze.
Muskani mgłą chłodną, fal lekkim oddechem,
Spokój. Ta przyjemność granicząca z grzechem.

Ani dziś ani jutro wiatr żagli nie zmorze,
Ze zgrzebnych, szorstkich nici płótno splecione.
Obłoki przed nami- pierzaste, spienione.

***

Tylko słowo na słowie
atramentu krople
nieważne
słowo tak puste
filigranowe
nadtłuczone

ludzie wierzą w słowa
w skorupy chrzęszczące
odrzucone z niedbałością

ludzie nie cenią słów
wierzą
wiarą pustą jak oni sami
pozwalają się targać wiatrem
od boga do boga

ludzie są słowami

Requiem

to wszystko czym byłam
zamknięte w dłoni

wszystko kim byłam
w dali stracone
ścięte przy ziemi
tak, by nie mogło się podnieść

wszystko było przeszłością już wtedy
marzeniem sennym
z nocy szczęśliwych dzieci

zostało kilka gorzkich słów
nie skierowanych ku niczemu konkretnemu
zostały resztki głupiej dumy

i nic co mogłoby chociaż spojrzeć z ufnością

i tylko salva nos powiem
oczy zmrużę jak zawsze

nie pater noster bo to już wyblakło
ale spojrzenie dam
puste
bo ta sama pustka świadectwo wydaje

a ja faluję na tych białych kwiatach
i w majaczeniach tkwię zanurzona
kwiatem już nie będę
bo odcięta

a nie noże są napiętnowane a dłonie

salva nos mu powiem
nie odwrócę głowy i płakać nie będę
bo jeziorem się stałam a jezioro nie płacze
jak to niebo nad nami palące i zaschnięte w wiecznych skurczach

salva nos powiem, niech szlag wszystko trafi
bo oczy nie moje, ale czyjeś, za stare na wiarę
nie przejrzyste jak diament ale ciężkokrucze
spojrzenie nie lekkie jak pióra na trawie

wierszy pisać nie będę, one w ogniu splecione
moimi świadkami się staną jak trwałam wpatrzona
w nie niepowstałe nigdy niepoczęte
w formę ognia wieczną jak popiół nieskalaną

i salva nos powiem bo skraj już widzę
zbliżam się krokiem cichym jak pomrocze
z twarzą skrytą w cieniu rzucanym jak groźby
bo już tylko cień moją twarz znosi jak brat nieznany

wszystkie słowa w proch się rozsypią
podążą w bezkresy za mną na wieki
a ja jak stara prawda, w gwiazd cieniach
popłynę jak strumień na skrzydłach mglistych

nie zaśpiewam wśród liści bo mi nie dano
strun harf poruszać i twarzy tak czystej
jak marmur bieluchny w okowach formy
nie marmurem mi władać bo kamień cierpliwy

a płakać już nie będę bo w popiół wypalona
rozsypię się prochem na rozgrzanym wietrze
przecież nic co przeklęte nie wytrwa w górze wiecznie
w ogień oddam siebie i odejdę z powietrzem

***

jesteś moim grzechem
unosisz mnie w boskość
wyżej
bo ja lepsza od ciebie

winy nie zaprosiłam na pogawędkę
herbaty z nią nie wypiłam
dłoni nie podałam

zepchnęłam w głębię
uwięziłam na amen
bo bardziej boska ode mnie była

mamy moc niszczenia
upodliłam winę

mamy moc tworzenia
mój występny najczystszy i najcichszy
stworzyłam Cię ponad prawami

i ponad stworzenie mnie wynosisz

zostaniesz sam w rynsztoku
a ja głowy nie odwrócę i słowa nie powiem

bo
grzechy kazali zostawiać
za nami

***

Usypiam w bezsłonecznych zmroku ramionach
I tylko ta noc jak kruk wisi nade mną
Szaro-ciemna skrzypi w liściach zaschniętych
skręca się z bólu w majaczeniach jasnych jak gwiazdy

noc spośród ścierwojadów najpiękniejsze ma pióra
jak antracyt zimne i gładkie kamieniem
bezblaskiem zasnute jak księżyc mgłami
w bezkresach wieczorów zaklęte w czerni

dlaczego to wszystko bolało jak diabli
gdy tkwiłam w tej nocy w kokon zwiniętej
zamknięta, zduszona skrzydłami ciężkimi
a wewnątrz nic nie było oprócz beznadziei

dlaczego to bolało, cisza biła w uszy
noc wyłupiła oczy, jakby jej swoich mało
tych szyderczych, wysoko, odłamków światła
w moich słońca nie znajdzie, ani chmur niebieskich

***

niech szeleści muzyka
dopóki liczą się tylko wieczory
i myśl tak ostra że aż rani
dopóty w cieniu kryje się motyl
z urwanym skrzydłem
a jedna rzęsa jest powodem do łez

niech w jutrzejszych odbiciach światła
jedna iskra więcej będzie
a noc niech zarzuci zamaszyście suknią
odejdzie z podniesioną głową
i skoczy w przestrzeń świetlistą
bezgranicznie oddaną młodemu bogowi
który w brzasku ma dziedzinę

do czasu aż poranek przesączy się spod zasłon
a rzęsy odwiną się i przeciągną na powitanie
niech szarości na łańcuchu wiszą
gryząc się jedna z drugą
i niech chociaż szyba pęknie
bo przerażająca jest w bezruchu i obojętności

dopóki ta noc trwa
zapatrzę się w płomień którego nie ma
palce zaplotę w wieniec
i pomilczę wpatrując się w światło
łudząc się że ten ogień
nie jest jedynym brzaskiem jaki nadejdzie
i że Bóg nie spłonął już dawno
we mnie i każdym z nas osobno

Reklamy

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: