Strona Siedleckiej Grupy Literackiej Witraż

Konrad Węsak

My – nadwrażliwi…
dedykuję tym,
których rani
choćby najmniejsza bezmyślność słowa

Krzyczeć? Czy milczeć? Gdy o tym mówimy
Oburzają się na nas za rzeczy najnieszczersze
A cóż my winni że nas oceniać
Chcą uodpornieni na rany najgłębsze?

Czemu o krzyżach mówią dotykacze
A ci co padają mają tak pozostać?
Dlaczego w imieniu NASZYM się usprawiedliwia
Siebie z siebie by była „sprawa prosta”?

Gdy ból szepnie w wierszu – oburzenie
Grymasem maluje twarze współczuciarzy
Bo ONI WIEDZĄ LEPIEJ co znaczy PRZEŻYWAĆ
I że TAKA RZECZ na jawie NIE MOŻE SIĘ ZDARZYĆ!

Więc śnimy? Skoro tak – i oni nierealni
I ich słowa ich gesty ich zaskorupiałość
W których im bezpieczniej bardziej – gdy nie nam…
A zatem – tak samo: NIC SIĘ NIE STAŁO… !

Jeśli jednak wiersz milczy – sielanka usypia…
I śnią wtedy oni nie czując nas wcale
I wiersze mogą tworzyć niedoprzeżywając
I stają się ziarnem ważniejszym: na skale!

Nie chcemy krzyczeć i milczeć nie chcemy
Ni zachwytów ni oburzeń różnych rozumień
Chcemy tylko by naszych skarg ściszanych
Nie brano za ogólny niebyt w zadumie…

Więc o cierpieniu i smutku – więcej nie będzie
Ponad to czego było tu – stanowczo ponad
Żyjcie sobą radośnie – wiersze twórzcie jasne
I przestańcie pieprzyć że wiecie wszystko o nas.
Wzgórze

Stało się nienadzwyczajnie. Cud żaden.
Droga drogą wciąż była. Jak drzewami drzewa.
Wczorajszą pieśń dzisiaj ptak tutejszy śpiewał…
Myśli jeszcze nie były zwierszowanym układem…

Stało się niebłękitniej. Także niezłociściej.
Choć droga moja dotknęła niezwyczajności ciszy
– Po kamieniach stopni wiodła w niebotycze
Żem prawie frunął jakby jeden z liści…

Stało się nierzucanie słowa w niebytności
A w ciszę potężniejącą poważne wsłuchiwanie.
Spełniało się życzenie może samemu mi nieznane…
Ogrom milczący w myślach mych zagościł.

Wzbijały się myśli wzwyż pod złotobłękit
Choć wzrok zaplątywał się pomiędzy krzyże
I rozrastało się coś we mnie… Byłem bliżej
Przyjęcia prawdy: „Lękliwych godne lęki”…

Stało się nic. Szybko spokojniałem.
Milkły niezauważalnie pamięci mojej bóle…
Ciepły okruch światła do twarzy mej się tulił
Po drodze krzyż rozpłomieniając – sam widziałem… !

Liśćmi szeleściło jaknajdelikatniej
Że melodię jakąś ucho z nich odczytywało…
Co przedtem źle ważne – wytrwale malało…
Czułem że nie chcę być tu raz ostatni.

Wierszopieśń ciszy we mnie się śpiewała:
Rzecz której słowa i nuty są jaknajzbędniejsze.
Prawdy najpierwsze były tu najpierwsze.
Przestrzeń we wszystkie strony złotobłękitniała…

I płonął światłem krzyż nad kapliczki dachem.
I modlitwy na krzyżach słowami wieczniały.
Półzachodnio-półwschodni – tu czułem się cały.
Katolikiem. Pounitą. Słowianinem. Polakiem – Lachem.

***

witam cię
miejsce swobody zieleni
ptasi azylu
witam
i dziękuję
że w twej spokojnej półciszy
mogę
z myśli tu nieskrępowanych
składać słowa
słowa
z których jeśli nie wiersz
to ślad
czasu oddychania przestrzenią
pozostanie

***

rozmowa
to nie jest
wymiana słów
wzajemna

to jest
spotkanie monologu
z milczeniem

…tylko
po jaką cholerę ?!!

***

Nie będę ci dziękować
łzawico szaronieba
Za zdzieranie z gałęzi
koloru nadziei
Za dymy na polach
które porozwiewał
Wicher zwiastujący
szron co ziemię zbieli…

Nie będę ci dziękować
wmawiaczko nostalgii
Za pretekst do skargi
na zawziętość losu
Za litery wierszy
bólem rozkrzyczanych
Co ścichły na papierze
nie wydawszy głosu…

Nie będę ci dziękować
za mord wiary w słowa
Które tak niedawno
dodały mi siły
Bym do życia wrócił
do ludzi – tak – do was
Do twarzy co dzisiaj
w bok się odwróciły

Nie będę ci dziękować
przepraszać ni prosić
Nie moją – było i jest – winą
że ciepłem jest płomień…
Więc – snuj się w błaznów myślach
a ja – mam cię dosyć!
Wiatr – blusem zaokiennym
dołzawi coś o mnie…

A ja? Cóż niby ja?
milczenie zaśpiewa
Pieśń o chwili iskierki
co miała niezapłonąć…
Spójrzcie w swoje lustra!
jesień z was też drzewa
Czynić chce…
biada wam w niej tonąć!

***

piasku dróg śródpolnych jak ci nie dziękować
że stopy chwytasz i w tobie wciąż grzęzną
zwalniam – już nie biegnę – dostrzegam wyraźniej
czemu wędrowanie bliskie słowu tęskność

dlatego powrotami w siebie ja nazywam
ten mus sięgania poza widnokręgi
to przestrzeń myślom moim rozpościera skrzydła
drogom wiersz zawdzięcza byt swój niepodległy

w słowach i ja ocalam najcenniejsze cząstki
w których pieśń człowieczą losowi w nos śpiewam
mój własny poemat pochwały i skargi
dośpiewają go ptaki i doszumią drzewa

***

Trzeba było słowa przemycać w pamięci
Przez megafonów i haseł ogłuszający ryk
Przez lata uciekać z prawdą między nieprawdami
– Jedyną rzeczą co dodawała sił

Trzeba było zmilczeć zapachy i tęcze
Gdy popiół sypano na niepokorne mowy
I stać w tłumach nie wiedzących po co tak stoją
I iść w stronę od której odwracały się głowy

Trzeba było nad ból lęk i bezludzkie wrzaski
Wznieść w niewidoczności snów imiona świtu
Trzeba było przejść między łotrami bez bojaźni
Patrząc jak się żrą o ochłapy u brudnych stóp mitu

Trzeba było czuć ponad wszystkie zmysły
Nieuniknioność końca tej ohydnej nocy
I wbrew słabościom bólom lękom chronić własne myśli
By móc rozróżniać: to – łgarze; to – prorocy

Trzeba było oswoić się ze śmiechem i pogardą
Cierpliwości strunę naciągać coraz silniej
I spokoju się uczyć by móc na to patrzeć
Jak przyjaźń do łotrostwa łasi się przymilnie

Trzeba było przetrwać wśród fałszywych znaków
Odkryć swą własną ścieżkę ponad przepaściami
I krok pierwszy uczynić na niej ślad zostawić
Niezauważalny dla cieni z obcymi uszami i oczami

Aż nadszedł świt – bez wielkich zapowiedzi
Szaro i zwyczajnie nowy czas ogłosił…
Tak raptownie to było i tak niedowierzalnie…
Ale się budziliśmy – obdarci głodni bosi…

Miał to być dzień naszej dobrej mowy
Co wyjść miała z głębin zastraszanej myśli…
Twarze nasze uśmiechem miały się rozjaśnić
I światło w sercach blaskiem się roziskrzyć

Robiło się jaśniej i jaśniej widzieliśmy
Stare rzeczy nasze i łachmany sumień…
Więc porzucaliśmy własność co nie była własna
Wszak naszym życiem mieliśmy „jak żyć – umieć”!

Było wokół wiosennie chociaż nie za mocno
Ale ptaki i kwiaty były najprawdziwsze
Tylko… gdzieś cierń w sercu nam nadal chciał rosnąć
Że nadal śnimy… że sny od życia żywsze…

Ruszyliśmy powoli – każdy w swoją stronę
Ze słów ściszonym szeptem i spuszczonym wzrokiem
I mijał czas – mijał – mijał – i za horyzontem
Nowego roku – było to co przed rokiem…

I podniósł się kurz – piasek zakłuł w oczy
Ktoś szepnął: „zła droga – znóweśmy oszukani…”
Ktoś zaczął mówić: ” … i wspomnicie me słowa:
Drożsi są fałszywi – prawdziwi są tani…”

Myśli zaczęły w nas pękać prosto i na ukos
Prawdy – co nas ocalała – sztandar się pochylił
Ściemniać znów się zaczęło – dreszcze za plecami…
Stawaliśmy – marsz się kończył – zmęczeniśmy byli…

Chmur ciężka pierzyna zakryła iskry nieba
I przyszło nam się spierać gdzie północ, gdzie południe
Zaczęliśmy szukać niezabranego chleba
O drodze „na głodniaka” rozmawiając obłudnie…

I nadal tu tkwimy na pustej nam drodze
Skazani na siebie nieprzymuszoną wolą
Wciąż żywić się możemy nienasyceń głodem
I upajać ranami co od wieków bolą…

Jutro może świt błyśnie w wymętniałych oczach
Próbując rozbudzić chochole nasze dusze…
Ale czy zechcemy podnieść nasze czoła
I znów rozstrzyga: „to chcę – tamto muszę”?

Może przez tę noc obca myśl i sprawa
Pod mroku zasłoną szlak nasz przegrodzi?
Czy straczy nam rozumu by dłoń lewa z prawą
Wspólnie mogły zepchnąć szlaban z naszej drogi?

Pytania się rodzą – a one następne…
Odpowiedzi szukamy – każdy na swój sposób…
Tak mija czas – mijamy – trwa sięrozmijanie
Naszych pięknych marzeń i mniej pięknego losu…

***

Jeszcze zieleń się trzyma. Mimo tęcz mocniejszych
Ptakom też nieśpieszno do wędrowań w słońce
Jeszcze w niedzielę ciepłą świerszcze grają na łące
I dłoń moja nie chce pisać jesienniejących wierszy

Jeszcze wzrok mój za widnokrąg nadal się wyrywa
Z miejsc gdzie tkwić mi przyszło tak niezasłużenie
Jeszcze iść chcę i idę przez piachy za cieniem
Tam gdzie myśl od jazgotu wreszcie odpoczywa

Jeszcze przede mną kolejnych dróg poznawanie
Dni od świtu do zmroku podróżą wypełniane…
Jeszcze pieśń jakaś we mnie nuci się nad ranem
Że choć coś się nie stało – to jednak się stanie

Jeszcze żyję – i we mnie żyje wędrowanie

***

telefon
jednak nie chce
odezwać się po ludzku
tylko
kasuje mi
trzydzieści trzy grosze za ciszę

***
korczewskiej prowincji – dedykuję

Czym jest człowiek? Arystokrata? Nędzarz?
Czym oceniacze tego co „niemożliwe”?
Czym jest znawstwo słów i wersów w obcych księgach
Przy słowach łotrzanych że proste jest krzywe?

Znani dziś tak jak wczoraj – usilnie nieznani
Oprócz imion, nazwisk, twarzy, paru słów i czynów.
Wtedy – gardzić a przynajmniej się zdumiewać…
Teraz – wieńce pochwalne niepamiętliwego gminu…

A wielka rzecz – dzieje się też pospolicie
Jak trawa – rośnie wzwyż; gdyby mogła – w słońce…
… Ale skaszają – bo „moda zupełnie nie taka”
I rzeczy wszystkie muszą mieć swe końce.

Więc skończony jest człowiek. Z dziełem swoim.
Hołd – spóźniony. Zastygł. Zgorzkniał. Skwaśniał.
Odgrzewana pamięć – zbędna. Już niestrawna.
Pozostały imiona. Wystrzępione hasła.

Oto napisałem – życia krzyk do ucha…
Niech je usłyszy tłum głuchych ślepych niemych.
Niech wiedzą – z glinyśmy wprawdzie ulepieni
Ale są też – w których tchnienie [—–]!

Wiedz zatem, prowincjo – nie twoją zasługą
Że żyli tu tacy, co cię przerastali!!!
Istnieli za krótko – istniejesz za długo!
(Imię niedopoznane gdzieś czemuś nadali…?)

Już milkną słowa – nagle obudzone
Wyrwane ze spoczynku – muszą tam powracać…
Nic z prawdy – więc nic z żadnego kłamstwa!
Wiara w godność prawdy: syzyfowa praca.

Ale trwa ta praca – i z Polską nie zginie!

Z popiołów feniksowym świtem się odradza.

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: