Strona Siedleckiej Grupy Literackiej Witraż

Jacek Choromański

Do listonosza

Pisząc ten list
mam siedemnaście lat –
osiemnaście razy byłem pijany
trzydzieści zakochany.

Nazywam się bułka z budyniem,
bo za bułkę z budyniem
kocham i cierpię katusze.

Cieszę się,
że po goleniu nie zostawiłem
żadnych mierzei krwi,
cieszę się,
że po różańcach ciemni
tak uroczyście dnieje.

Wygięte bariery –
rampy zgorszenia ostrzą tasaki.

Noś w sercu
nie mówię o nadziei.

Noś w sercu cokolwiek
nie mówię o jej uśmiechu.

Noś serce
postaw wódkę kardiochirurgowi.

Nazywam się Jacek Choromański
i nie podnieca mnie korzystanie z
pisuaru paryskiego,
ani peregrynacja do kamiennych
oblicz własnego zatracenia.

Pisząc ten list
dorastam
za szybko,
wstawiłem wodę, trochę wyparowało,
został kamień i siwa sadza w granulkach.

Do niczego

1
Krzesło mnie zrozumie
pręgi na potylicy, czerwone szlaki
jak zęby deszczu – pamiątka po czasie minionym.

Wanna mnie zrozumie
sparzona skóra powieszona na gwoździu
zejdzie ze sznurów do prania.

I nagle dowiadujesz się,
że jesteś lżejszy od kartki,
słabszy od gumki do ścierania;
że przegrałeś z esemesem
i autobusem o 21:06.

I nagle staje się jasne,
że to był tylko urwany
kawałek wszechświata
niepotrzebnie.

Więc mówię od drzwi do wszystkich,
od ściany do nikogo,
od słowa do ściszenia,
od ściszenia do siebie,
od siebie do osoby pierwszej
liczby pomylonej, rodzaju zabitego.

2
Dla kogo
golić się,
chować bukszpany w trawie?
Dla kogo
pisać i płakać
pić i pluć?
Dla kogo
czekać z rulonem
kwiecistych agrafek?
Dla kogo
zdychać, marznąć
palić, gnić?
Dla kogo?

z cyklu Peryferie

I
„I’m not your fire, not desire, so burn
my hands, cut legs, sleep well –
a bridge is quite high.”
Jacek Choromański

Na baszty wiatru rzucę
kir w mgławice rąk, rozdam
proch rdzawym skałom na

musztrę sklejonych gałęzi.
To nic. Ciemne, chmurne
spirale na policzkach. Światło

okala ją – tak promieniście. A
przecież jedynie rozładowana
komórka przypomina, że od

czasu do czasu świat bywa.
Trzeba trwać – nie zapytam:
Jak? Po co? Dla kogo? Kiedy?

Gdzie? Dokąd? W czym?
Autorytety płyną po stosach,
szczęście kurczy się miarowo.

Jutro zahaczę o brzytwę, na
dziś most i pęk znamion. To
nic. Trzeba trwać. Światło

okala ją – tak promieniście.
To wszystko. I moja banicja
bez rytuałów i pożegnań.

29.3.2006

z cyklu Peryferie

II
(czyli poemat o kloszardzie z Floriańskiej w ośmiu wersach)

Siedzi tak, by okryć beton nadużytą wątrobą.
Leży tak, by poinformować orszaki obłoków o stanie rzeczy.
Wstaje tak, by móc obserwować walkę jaskółek na gzymsie.
Idzie tak, by wskoczyć na szalupę dryfujących konturów.

Siedzi tak, by przepić nienawistny ruch powiek.
Leży tak, by tym z pogrzebowego było łatwiej.
Wstaje tak, by uprasować sobie hawajską koszulę.
Idzie tak, by sinusoidą głaskać wiosenny bruk.

29.3.2006

Jest tak

Bluzka
Bluzka
Bluzka
Pasy
Szare
Astronomiczne poziomice
Pasy
Bluzka
Jaskrawa
Oślepia
W trzewiach rozum
Lub to, co z niego pozostało

Bluzka – Pasy
W bluzkę pasy
Pasy – Bluzka

Anomalia szachownicy
Uwypukla
Błogosławienie
Na miednicach mrugnięć
Zaszklone jupitery
Bluzki w Pasy
Bluzka Pasy
Szare
Jaskrawa

Liczydła naramienne
Kruki szyjne
Wyżej Wyżej Wyżej!
Stany Skupienia i
Oracji
O Pielgrzymkę w głąb

Kartka biograficzna

Szelki i wytarte jeansy –
przedszkolny trend tonął w
kolejnej pomidorówce.

Teraz już jestem mężczyzną,
choć dokładnie nie pamiętam
kiedy dorosłem, na każde pytanie –
cała gama wstydliwych falsetów.

W rysopisie ciągle mi czegoś brakuje,
kompleksy hoduję w ogródku,
całkiem niedaleko bezrobotnych kwiatów.
(Przykro nie mieć prawa do pychy)

Chciałem być grabarzem i Orędownikiem Kosmosu,
chciałem ułożyć poemat o przemijaniu
pijanych bardów w małżowinie usznej.
Chciałem nie martwić się nieosiągalnym szczęściem,
dotąd pustką ścieliłem przełyk i wątrobę

– wystarczało.

Teraz już jestem mężczyzną,
choć mam swoje lata i twoje miesiące
jak za zimno palę w piecu
czasami drewnem, czasami sobą.

I tak żyję dla piętnastu osób –
jak ktoś umiera piszę elegie,
jak ktoś nie umiera piszę elegie na zapas.
Wyrzucam mój niedokończony życiorys,
lepiej poczytać nekrologi o mrówkach.

Na marginesie korespondencji z Czesławem Miłoszem

Staremu poecie,
który umarł dwa lata temu,
nie pasowały opasłe antologie
zła i przemocy.
Nie spodziewał się zastanego
porządku. Na tworzenie nowego
zabrakło czasu i sensu.
Co było do obalenia, zostało obalone,
co do wychwalenia, wychwalone.
O nowym poecie wiadomo tylko tyle,
że aby ulżyć matce cierpień
zdecydowano się na cesarskie cięcie.

Mimo wielkich honorów, z jakimi
żegnano starego poetę, pozostał on
tylko na kamiennych tablicach, w atramencie
podręczników i kleksach maturalnego potu.

Pisał bardzo mądrze, właściwie można było się zakochać.
Nie do końca go rozumiano, zresztą zrozumienie
było dla niego tylko tanim kaprysem i nierealnym
celem modłów. Nowy poeta stanął tam, gdzie
upadł poprzedni. Z całą komiczną pielgrzymką
patriotycznych karabinierów i obrazoburców.

Dzisiaj gębom moralizatorów siwym od pajd i kiełbas
nie wystarcza wrzask. Uczą. Nie wystarcza krzyk.
Prowadzą. Nie wystarcza sprzeciw jednego. Kodeksy
zagadnień żółkną. Nakaz i zakaz. Wyzwanie – lizak
w mrowisku. O nowym poecie wiadomo tylko tyle,
że w czwartek powstrzymał go „Durex”,
a w sobotę aborcja.

5.5.2006r.

Pieśń VII
„Wszyscy ze swoimi lub do swoich poszli żon.”
R. Riedel

Rogatki wtulone w rozwidlenia,
panoramy przepitych robotników
z tynkiem na zwęglonych cerach –
ciemne fałdy i ciemniejsze archipelagi.

Spętany czarnym krawatem na sznurku,
o krok winorośli powbijany na pale
i z tysiącami sado – maso nalepek
brodą szuram wektory przyciągania.

W biały dzień mogą mnie pobić zakapturzeni
mnisi klasztornych kamienic i pięści.
W biały dzień słońce daje wystarczająco
dużo powodów do nienawiści wokół.

Bitwa gawronów i sępów o jeden trzewik
miłosierdzia. Naiwna filozofia nadziei
na cmentarne apartamenty z morskim
widokiem – misjonarzom ptasiej grypy.

„Ulice Świata” ukradły mi patronkę od
ballad i nieuzasadnionych skoków z mostu.
Trzykrotnie tą samą ulicą, oparty o filar
uzależniony od paraliżu, epilepsji strachu.

Dosadny poeta układa wiersz o zatraceniu
i ucieczce ku utopii uczuć i zrozumienia.
Wiersz jest słaby – jak każdy naiwny i nierealny,
z nadpaloną skórą próchnieje na dnie kominka.

Zupełnie jak my – z niedorzecznością liczby
mnogiej, z limitem na przezwyciężenie
skostniałych rdzeni w strzępach duszy
tylko jednej, tylko mojej, tylko zadręczonej.

Siedlecki pean
Andrzej Bursa:
„Mógłbym napisać 4 reportaże
o perspektywach rozwoju małych miasteczek,
ale
mam w dupie małe miasteczka
mam w dupie małe miasteczka
mam w dupie małe miasteczka”.

Nie będę pił prowincjonalnej wódki –
zawsze po niej doznaję oczyszczenia,
chodzi o żołądek,
wy natomiast sumienie możecie już wyrzucić na śmietnik.

Nie będę czytał prowincjonalnych gazet –
Ha! Ambicji jeszcze nie zabiliście.
Fraszka czy tren,
cudzołożny pamflet, kpina?
I jedynym sentymentem wydaje się być
plastykowa miniaturka batmana z obitą, poczerniałą twarzą.

Nie będę słuchał prowincjonalnych kazań księży –
lepiej przecież nie słuchać niż grzeszyć.

—– Prowincjonalny adresat bliżej nie znany —–

Dajesz mi miłość, zabierasz mi miłość,
otwieram wielki worek,
by upchnąć cię jak najgłębiej,
zakneblować marność, zdusić pozór.

Nie dziw się,
siły czerpię z twardej skorupy
mojego telefonu komórkowego,
z braku poważniejszych nałogów.

Z jej odwzajemnionego uśmiechu.

To mnie trzyma.

A jeśli nie?
A jeśli nie?
A jeśli nie?

26.2.2006


Spacer egocentryka po wiadukcie

Piszę wiersze dla siebie,
jak ktoś je czyta jest mi miło.
Piszę wiersze o sobie,
jak ktoś się nimi brzydzi jest mi miło.

Mój alfabet wije się kolejową szyną,
śmierdzi czosnkiem i żałośnie wzdycha
do obojętnych źrenic. Zbieżność rodzajów
męskich nie jest przypadkowa. Wszystko
jest dziełem Pana. O Panie na firmamencie!
Na nagrobku będę miał wielkie graffiti
i logo kolejnych strużek psiego moczu.
Złożę brwi pod topór kata, serce zachowam dla
pokoleń, owinięte w banderę chrustu. Tętnicą
rozporządzę po wieczerzy, ołówkom nadam własne
imię,
mógłbym tak długo, ale czas postawił
mi ultimatum – epilog życia domaga się spełnienia
obietnic. Całkiem niedaleko mieszka mój sens,
ogląda film pod taflą wełnianego koca, gubi notatki.

Ma być ponuro i nieszczęśliwie – uwertura w asyście
nieudaczników, kurtyna mokra od świeżej farby.
Koncert łez zawsze miał fatalną akustykę, wrażliwość
skamieniała po erupcji rzeczywistości. Bożek zgorzknienia
krył się pod postacią trzech suchych badyli, dwóch
pretorianów w szklanych akweduktach, jednej aksamitnej…

Reklamy

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: