Strona Siedleckiej Grupy Literackiej Witraż

Grzegorz Przepiórka

***

coraz trudniej
przebić się do nieba
przez skorupę ozonu i tlenu
za pomocą gumowej woli
rozbić mury z pajęczej nici

coraz trudniej
zerwać kartkę z kalendarza
uśpić myśli wściekłe myślami

coraz trudniej
zebrać grosz do chleba
być człowiekiem niż udawać człowieka
marzyć o miejscach, gdzie rośnie wanilia
pisać wiersze zamiast klecić wierszydła
widzieć drzewo zamiast ‚drzewa’
przynieść komuś gwiazdę z nieba
wybierać gdy wyboru nie ma

coraz trudniej
żyć, nie łatwiej umierać

***

gra, ruch, wrzask
scena

kusi powabnym światłem
krępuje brakiem wyboru
w śniadań i kolacji
hipnozę oplata
byś odliczał tylko
na wyciągnięcie ręki
odpływające godziny

paraliż ciężkich złudzeń
nie pozwala spojrzeć
w górę
przygniata płuca

czy wystarczy ci tuszu
by opisać
trzepot skrzydeł motyla?

Boży obraz

Namalował Pan Bóg obraz
białą i błękitną farbą
kilka kresek, duży format
I człowieczka czarną plamą.

Na obrazie jakoś gwarno
jakby życie wlał w pigmenty
coś wyprysło, inne zgasło
Bóg ma zmysł iluzjonisty.

Porozdzielał plany w kadrze
Niebo, ziemia, ludzki ogród,
potem pędzel dał nam w darze,
byśmy sami malowali.

Ale człowiek nie artysta,
zamiast tchnienia ma zachłanność,
byle jaką kropkę stawia,
by podwyższyć swoją wartość.

lekcja pokory

w ostatnim rzędzie, najdalej od sceny
słuchać i patrzeć do woli
gromadzić myśli, układać w opery
czekać kiedy czas pozwoli

zobaczyć siebie w odbiciu drugiego
sól w oku zamiast lustra
szukać szczęścia niewiele wartego
w prostym słowie złotego runa

wznieść samemu, nie rzucać pod drzwiami
modlitwę – pacierz kolokwialny
sądzić salomonowymi prawami
siebie i innych – bez wyroku

nie utonąć w oceanie istnienia
zostać sobą, swoje wiedzieć
zamknąć w szafie pyszne marzenia
nie pchać się na scenę – patrzeć

Modlitwa

Wybudowałeś dla niej przystanek
I to na żądanie

„Módl się za nami…”

Wyprawiłeś na pergaminie
ozdobną księgę – skarg i zażaleń

„Zmiłuj się nad nami…”

Ograniczyłeś do pieczątki
w paszporcie do nieba

„Przyjdź królestwo Twoje…”

Otworzyłeś bank próśb
z realizacją od zaraz

„Chleba naszego daj nam”

Na wszelki wypadek, bez przepisu lekarza
dwa razy dziennie, od bólu sumienia.

Amen

Oto człowiek!

Domykam z trudem
drzwi dnia,
co szumi jeszcze w głowie
niedawno przeszłymi godzinami.

Odwieszam płaszcz
z dużą ilością kieszeni
na coraz to nowe grymasy.
Wielobarwny sweter
szyty cienką nicią życia
ściągam tylko na moment.
Przepocona myślami koszula –
czarna skrzynka lotu wzwyż.
Uciszam zmęczony kalendarz
co już jutrem krzyczy.

Ściągam resztę
I stoję – sam na sam…
z całym kosmosem
nagi duch i nagie ciało,
zupełnie inny – prawdziwy
kurtyna w górę:
ecce homo!

Smak miłości

Trzeba być najpierw głodnym
by zasmakować miłości
która…

Wpierw kusi długo
jak ciastko
z cukiernianej wystawy,
którego
smak nieznany
jeszcze nie odkryty.

Potem karmi bez umiaru
najprzeróżniejszymi łakociami
kremami, cukrami, likierami
aż do mdłości.

Z czasem stygnie bezwiednie
i z trudem ust szuka
przełykana niechętnie
jak przesolona zupa.

W końcu jak chleb powszedni
o smaku niewyszukanym
prosty, skromny, dobrze znany
I mimo lat, zawsze świeży.

w pośpiechu
śpieszmy się kochać ludzi
tak głupio odchodzą

w pośpiechu

żegnasz sen jak zawsze nie dośniony
przecierasz oczy nie rozbudzone

w następny dzień a raczej jeden mniej
wbiegasz i wybiegasz z łoskotem

pijesz kawę i nadgryzasz kanapkę
jesteś zajęty w pracy, po pracy – zawsze

rzucasz dzieciom krótkie „dobranoc”, nim pomyślą
„zostań z nami chwilę dłużej, tato”

pocałowałeś przed snem żonę
nie powiedziałeś „kocham” – zasnąłeś

w pośpiechu

przeżyłeś trzydzieści sześć lat
zabrakło w nim czasu na miłość

w pośpiechu

ktoś powiesił, później zdarł nekrolog
tylko ten kto kochał nie w pośpiechu zapłakał

Wołanie

Nad ciemną przepaścią rwącego wodospadu
tam gdzie przejrzysta woda w nieznane zapada
Ostał się domek z solidnego materiału
niewzruszony od jesieni, zimy czy lata.

Przytulne ciepło w środku kominek roztacza
po niewielkiej izbie skromnością urządzonej.
Sen różową firanką na powieki spada
tłumiąc rwącej wody szepty nienasycone.

Wypatrując w ciemność, ktoś na progu siada
ciepło w plecy bije, twarz się poi chłodem.
Zwija się i kłębi, jak Salome piana
syren głosem zwodząc, „chodź, tylko raz, możesz”

ślad człowieka

wieczność za mną
wieczność przede mną

okruch ciała
zszyty cienką nicią myśli
zaprzęgnięty do życia
przypadkiem

zapisany blednącym tuszem
na wytartym szorstkim papierze
cichym szeptem
próbuję obudzić echo

Reklamy

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: